niedziela, 15 grudnia 2013

Panie, za wcześnie na tę kulturę!

Dawno, dawno temu, za morskimi falami, za wysokimi górami, była kraina zwana Polską. Mądrzy władcy owej doliny podjęli decyzję o wybudowaniu gmachów przedszkolnych. Były to doskonale zlokalizowane przechowywalnie najmłodszych członków społeczeństwa. Zacny rodzic zostawiał brzdąca na łaskę i niełaskę wszechmocnej pani "przedszkolanki". Bogatsi i nieco bardziej wymagający rodzice mogli zapisać dziecko na zajęcia z języka obcego, gimnastykę, taniec lub zajęcia teatralne. Dziecko należało wyposażyć w piórniczek i pięć żółtych książeczek, których tematyka skupiała się zazwyczaj wokół ćwiczeń grafomotorycznych. Wszechmocne przedszkolanki zarządzały od czasu do czasu ślęczenie nad tymi książeczkami, denerwując się, gdy jedno z dzieci nie potrafiło wykonać ćwiczenia prawidłowo. Powszechną praktyką było oczekiwanie, w napięciu i stresie, na godzinę dwunastą. Był to czas, kiedy mali i duzi, jak kraj długi i szeroki, przebierali się w piżamy i udawali się na leżakowanie. Zatem grupy czterolatków, pięciolatków i dumnych zerówkowiczów pogrążały się we śnie, a panie dziarskim krokiem ruszały na pobliski targ zrobić zakupy. Nie wszystkie od razu, rzecz jasna, tylko te "oddelegowane". Kto wówczas pomyślałby o tym, by zaproponować dzieciom wyjście na wycieczkę, na spacer do parku, a może nawet wyjście do teatru? Od tego przecież były szkoły. A dzieci w przedszkolu? Niech się cieszą, że wyjdą nieraz na podwórko przedszkolne, szumnie zwane "ogrodem przedszkolnym".
Nastały czasy, gdy przechowywane w ten sposób dzieci dorosły i ukończyły studia. Niektóre od najmłodszych lat wiedziały, że chcą nauczać innych, pracować w szkołach lub przedszkolach. Świat nieco się zmienił, zewsząd padały hasła o wyrównywaniu szans edukacyjnych, o dostępnie do kultury, o tym, że miejsce zamieszkania, a zwłaszcza życie na wsi, nie powinno sprawiać, że dzieci nie mają dostępu do takich dóbr kultury jak teatr czy kino. Dziarskim krokiem ruszyły nauczycielki wychowania przedszkolnego do teatrów i filharmonii. Jedne jechały z dziećmi tramwajem czy autobusem, inne szykowały się na stukilometrową wyprawę autokarem. Jak kraj długi i szeroki, wszędzie dziecięce stopy przekraczały progi kultury wysokiej. Uczyły się przy tym, że do teatru należy się ubrać niecodziennie, najlepsze włożyć spodnie i koszulę, czasem sweterek, pulowerek czy sukienkę. Nie można, pod żadnym pozorem, pić i jeść podczas przedstawienia. Przy kasie w teatrze miły pan lub pani nie sprzedaje coli. Na popcorn też liczyć nie można. I gasną już światła, na scenę wychodzi aktor, dwóch, a może nawet czterech. Żadnych reklam ani dźwięku Dolby Surround, prawdziwy człowiek, jego głos. Po spektaklu można niekiedy wejść na scenę, dotknąć scenografii, porozmawiać z aktorem. Ważna to jest lekcja, i kultury, i przedmiotowa. 
Ale po co, panie? Po co?
Rozbestwiło się nam społeczeństwo. Trzylatka edukować będą w teatrze. Łazić będą tu i tam, zamiast uczyć, zamiast wyklejać dzbanki muliną, lepić z plasteliny. Ukończy jeden z drugim liceum, to może i pójdą do teatru. A, że kanapki wezmą? No i co z tego, przecież czasami jest taka...no, wie pan, przerwa. To i kanapkę dzieciak zje. Trochę trzeba będzie uciszyć tych z chipsami w pierwszym rzędzie. I jeszcze przyjdzie jeden z drugim w dresie. Ale, ale! Panie, nie taki to byle jaki dres! Toż to Nike jest, Reebok niekiedy. Czepiasz się pan, jak rzep psiego ogona. Czy ja widziałem Mistrza i Małgorzatę? Panie, Gośka to takie pierożki robi, że mucha nie siada! A Mistrz? No, ten Władek spod siódemki. Ten to potrafi! Jak on te kawały wszystkie opowiada! Koń by się uśmiał. Bułhakow? Ja się, panie, nie interesuję polityką. A ci w tej Rosji, to oni tam swoje prawa mają. Może i coś słyszałem, ale nie znam gościa. 
I jest nowe szans wyrównywanie - dali wszystkim, teraz zabrać trzeba. Zlikwidowano w przedszkolach opłaty z tytułu Rady Rodziców. Teatru nie będzie. A gdyby nawet był, to po co? Co te dzieci z tego zrozumieją? Wynudzą się tylko. To już lepiej poczekać, aż do szkoły pójdą. W przedszkolu to za wcześnie. I nawet rodzice poddają pod wątpliwość takie wyjścia. Nieliczni się odezwą, że trzeba, że potrzeba, że tak, że oni chcą. Oni zapłacą, pojadą, pomogą pani dzieci wsadzić do tramwaju, autobusu, przypilnują. I niektórzy do teatru pójdą. Niektórzy za rok, może dwa. A może ktoś zapomni, że miało dziecko pójść. Zawsze zostają pieniądze na paczkę papierosów. 
Dla nieobojętnych, dla tych, dla których nie jest za wcześnie, za szybko, za daleko polecam sztukę "Skarpety i papiloty". Można sobie również dramat poczytać. Przyjemny jest. Życiowy. A przy tym tak prosto i ciekawie przedstawiony.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz