niedziela, 29 grudnia 2013

W domu dzieci się nie nudzą

W każdym domu znajdują się zakamarki, skrytki, tajemnicze pudła, magiczne przedmioty, stare zdjęcia albo chociaż zakazane miejsce, gdzie dzieciom nie wolno samym chodzić czy zaglądać. Dla dziecka dom to miejsce pełne zagadek, przygód, ciekawiących go przedmiotów (nawet jeśli nie ma skrytki z diamentami ani skarbu Templariuszy). Michał Rusinek w tomiku "Wierszyki domowe" pokazuje, że z pozoru zwykłe meble czy urządzenia domowe, a nawet same pomieszczenia, mogą żyć własnym życiem i kryć w sobie tajemnicę, jeśli tylko czytelnik da się wciągnąć w grę słów.
Czy w zlewozmywaku faktycznie mieszka głodny lew?
U którego sąsiada wyrosły w ogrodzie flamingi i krasnale?
I dokąd można się dodzwonić ze słuchawki prysznicowej?
Tego wszystkiego dowiecie się z sześciu i pół tuzina wierszyków. Będzie mogli również podziwiać świetne ilustracje siostry Michała - Joanny.
Książeczka zabawna, pobudzająca kreatywność, wywołująca uśmiech a niekiedy śmiech, nie tylko ze strony młodego odbiorcy, lecz także rodzica. Jako logopeda muszę docenić także dobór słów, które wypowiadane głośno w takim zestawieniu są czasami nie lada wyzwaniem.
Na uwagę zasługuje także piękne wydanie - cudownie ilustrowane, grube, lśniące kartki, twarda oprawa i ukochany przez nas zapach farby drukarskiej:)



Choinka bez bombek

Pisałam już o własnoręcznie wykonanym łańcuchu na choinkę, a gdy to pisałam, rodził się w mojej głowie pomysł własnoręcznego wykonania wszystkich ozdób choinkowych. Udało nam się wcielić go w życie i wspólnie z synkiem stworzyliśmy ozdoby choinkowe - dzwoneczki, ciastka z masy solnej z napisami, gwiazdki origami (te akurat wykonał mój brat). Rysunków i wycinanych kształtów nie powiesiliśmy, bo Gabrysiowi się nie podobały jego rysunki na choince. Ale za to powiesiliśmy standardowo słodycze (akurat gotowe) oraz suszone plastry limonek. 
Dzwoneczki wykonaliśmy z doniczek rozsadowych, dostępnych w każdym większym markecie budowlanym oraz, oczywiście, w sklepach ogrodniczych. Za pomocą gorącego kleju nakleiliśmy materiałowe gwiazdki i serduszka, zrobiliśmy dzwoneczki ze starych korali oraz zawieszki-kokardy z rafii. 



Z masy solnej zrobiliśmy różnego kształtu ciasteczka - bałwanki, śnieżynki, aniołki, dzwoneczki, koniki na biegunach, gwiazdy betlejemskie, choineczki. Za pomocą literek z Tchibo każde nasze ciasteczko dostało napis - nasze imiona oraz życzenia wesołych świąt, a także inne ważne dla nas intencje i oznaczenia. Masę wypiekaliśmy w piekarniku, a następnie malowaliśmy bezbarwnym lakierem i popsikaliśmy brokatem w sprayu. 




Czubek choinki dumnie zdobi gwiazda zrobiona na szydełku przez babcię synka :) Są też wspomniane gwiazdki origami i plasterki limonki.




A tak choinka prezentuje się w całości:


W przyszłym roku zrobimy kolejne ozdoby, z jabłek i łupinek orzechów :) W tym roku wszystkie łupinki wykorzystaliśmy na wianek bożonarodzeniowy. 


Oprócz tego, że nasza choinka jest inna niż wszystkie, mam poczucie, że zrobiliśmy coś bardzo ważnego - spotkaliśmy Ducha Świąt tworząc wspólnie ozdoby. Była to nie tylko frajda, ale także doskonałe ćwiczenie wyobraźni i sprawności manualnej. Szybciej i prościej byłoby powiesić gotowe bombki i łańcuchy (nasz robiliśmy trzy dni), ale czy szybciej zawsze oznacza lepiej

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Choinkowe wierzenie ludowe - łańcuch

Wspólnie z moim 4-letnim synem postanowiliśmy przenieść się na chwilę do czasów, gdy choinka była ludową tradycją przedchrześcijańską - drzewkiem wystrojonym w kłosy zbóż, pierniczki, orzechy, rajskie jabłuszka...W tym roku mamy pomysł, by naszą choinkę przystroić w to, co zrobimy sami - tak na przekór komercjalizacji świąt. Zaczęliśmy od papierowego łańcucha, który był kiedyś wykonywany niemal w każdym domu, najczęściej z bibuły. My użyliśmy kolorowych kartek, które pocięliśmy w paski (o długości krótszego boku kartki a4).


Następnie paski przecięliśmy jeszcze na pół.


Wykonanie takiego łańcucha jest niemal dziecinnie proste. Paseczki zwijamy w kółeczka i sklejamy. Kolejny pasek przekładamy przez powstałe kółko, sklejamy i dokładamy następny.


 Mojemu synkowi robienie łańcucha tak się spodobało, że zaprosił do zabawy swojego misia - Teddiego.


Na koniec pracy łańcuch był już imponującej długości. 


W tradycjach ludowych wierzono, że własnoręcznie wykonane łańcuchy wzmocnią więzi rodzinne oraz ochronią dom przed nieszczęściami. Piękne to życzenie. Miejmy nadzieję, że dzięki takiemu łańcuchowi spełni się w każdym domu. A ja mam nadzieję, że niektórym przypomniałam technikę już niemal zapomnianą. Mnie osobiście kojarzy się z nim dzieciństwem, zapachem świąt i wspólnym czasem spędzonym z dziadkami. 



niedziela, 15 grudnia 2013

Panie, za wcześnie na tę kulturę!

Dawno, dawno temu, za morskimi falami, za wysokimi górami, była kraina zwana Polską. Mądrzy władcy owej doliny podjęli decyzję o wybudowaniu gmachów przedszkolnych. Były to doskonale zlokalizowane przechowywalnie najmłodszych członków społeczeństwa. Zacny rodzic zostawiał brzdąca na łaskę i niełaskę wszechmocnej pani "przedszkolanki". Bogatsi i nieco bardziej wymagający rodzice mogli zapisać dziecko na zajęcia z języka obcego, gimnastykę, taniec lub zajęcia teatralne. Dziecko należało wyposażyć w piórniczek i pięć żółtych książeczek, których tematyka skupiała się zazwyczaj wokół ćwiczeń grafomotorycznych. Wszechmocne przedszkolanki zarządzały od czasu do czasu ślęczenie nad tymi książeczkami, denerwując się, gdy jedno z dzieci nie potrafiło wykonać ćwiczenia prawidłowo. Powszechną praktyką było oczekiwanie, w napięciu i stresie, na godzinę dwunastą. Był to czas, kiedy mali i duzi, jak kraj długi i szeroki, przebierali się w piżamy i udawali się na leżakowanie. Zatem grupy czterolatków, pięciolatków i dumnych zerówkowiczów pogrążały się we śnie, a panie dziarskim krokiem ruszały na pobliski targ zrobić zakupy. Nie wszystkie od razu, rzecz jasna, tylko te "oddelegowane". Kto wówczas pomyślałby o tym, by zaproponować dzieciom wyjście na wycieczkę, na spacer do parku, a może nawet wyjście do teatru? Od tego przecież były szkoły. A dzieci w przedszkolu? Niech się cieszą, że wyjdą nieraz na podwórko przedszkolne, szumnie zwane "ogrodem przedszkolnym".
Nastały czasy, gdy przechowywane w ten sposób dzieci dorosły i ukończyły studia. Niektóre od najmłodszych lat wiedziały, że chcą nauczać innych, pracować w szkołach lub przedszkolach. Świat nieco się zmienił, zewsząd padały hasła o wyrównywaniu szans edukacyjnych, o dostępnie do kultury, o tym, że miejsce zamieszkania, a zwłaszcza życie na wsi, nie powinno sprawiać, że dzieci nie mają dostępu do takich dóbr kultury jak teatr czy kino. Dziarskim krokiem ruszyły nauczycielki wychowania przedszkolnego do teatrów i filharmonii. Jedne jechały z dziećmi tramwajem czy autobusem, inne szykowały się na stukilometrową wyprawę autokarem. Jak kraj długi i szeroki, wszędzie dziecięce stopy przekraczały progi kultury wysokiej. Uczyły się przy tym, że do teatru należy się ubrać niecodziennie, najlepsze włożyć spodnie i koszulę, czasem sweterek, pulowerek czy sukienkę. Nie można, pod żadnym pozorem, pić i jeść podczas przedstawienia. Przy kasie w teatrze miły pan lub pani nie sprzedaje coli. Na popcorn też liczyć nie można. I gasną już światła, na scenę wychodzi aktor, dwóch, a może nawet czterech. Żadnych reklam ani dźwięku Dolby Surround, prawdziwy człowiek, jego głos. Po spektaklu można niekiedy wejść na scenę, dotknąć scenografii, porozmawiać z aktorem. Ważna to jest lekcja, i kultury, i przedmiotowa. 
Ale po co, panie? Po co?
Rozbestwiło się nam społeczeństwo. Trzylatka edukować będą w teatrze. Łazić będą tu i tam, zamiast uczyć, zamiast wyklejać dzbanki muliną, lepić z plasteliny. Ukończy jeden z drugim liceum, to może i pójdą do teatru. A, że kanapki wezmą? No i co z tego, przecież czasami jest taka...no, wie pan, przerwa. To i kanapkę dzieciak zje. Trochę trzeba będzie uciszyć tych z chipsami w pierwszym rzędzie. I jeszcze przyjdzie jeden z drugim w dresie. Ale, ale! Panie, nie taki to byle jaki dres! Toż to Nike jest, Reebok niekiedy. Czepiasz się pan, jak rzep psiego ogona. Czy ja widziałem Mistrza i Małgorzatę? Panie, Gośka to takie pierożki robi, że mucha nie siada! A Mistrz? No, ten Władek spod siódemki. Ten to potrafi! Jak on te kawały wszystkie opowiada! Koń by się uśmiał. Bułhakow? Ja się, panie, nie interesuję polityką. A ci w tej Rosji, to oni tam swoje prawa mają. Może i coś słyszałem, ale nie znam gościa. 
I jest nowe szans wyrównywanie - dali wszystkim, teraz zabrać trzeba. Zlikwidowano w przedszkolach opłaty z tytułu Rady Rodziców. Teatru nie będzie. A gdyby nawet był, to po co? Co te dzieci z tego zrozumieją? Wynudzą się tylko. To już lepiej poczekać, aż do szkoły pójdą. W przedszkolu to za wcześnie. I nawet rodzice poddają pod wątpliwość takie wyjścia. Nieliczni się odezwą, że trzeba, że potrzeba, że tak, że oni chcą. Oni zapłacą, pojadą, pomogą pani dzieci wsadzić do tramwaju, autobusu, przypilnują. I niektórzy do teatru pójdą. Niektórzy za rok, może dwa. A może ktoś zapomni, że miało dziecko pójść. Zawsze zostają pieniądze na paczkę papierosów. 
Dla nieobojętnych, dla tych, dla których nie jest za wcześnie, za szybko, za daleko polecam sztukę "Skarpety i papiloty". Można sobie również dramat poczytać. Przyjemny jest. Życiowy. A przy tym tak prosto i ciekawie przedstawiony.


wtorek, 26 listopada 2013

W świątecznym klimacie

I zapomniałam napisać, że dzisiaj spadł pierwszy śnieg. Powoli przymierzam się do stroików świątecznych, zbieram materiały i planuję nowe wzory - mam nadzieję, że spodobają się nabywcom oraz wszystkim obdarowanym.
A tu moje prace z poprzednich przygotowań świątecznych:


Wianki z suszonych darów natury z malutkimi bombkami - do powieszenia lub położenia na świątecznym stole





Moje zastępy aniołów :)
Już się nie mogę doczekać aktywacji mojej małej manufaktury :)

Chmura liter

Z okazji zbliżających się warsztatów bożonarodzeniowych dla moich podopiecznych i ich rodziców wymyślam wzory zaproszeń. Ostatnio hitem dla mnie stały się zabawnie poukładane tagi. Przygotowałam dla "moich" dzieci listę ich imion, która zdobić będzie zaproszenie.

I jeszcze kilka chmurek już moich osobistych :) z imionami moich chłopaków oraz krótką listą naszych ulubionych miejsc na świecie.


W moich ulubionych odcieniach:)


Aby wykonać swoją własną chmurkę, wystarczy kliknąć TU .

niedziela, 24 listopada 2013

Czy tylko chłopcy są dobrymi kierowcami?

Często słyszymy, że piłka nożna to nie sport dla dziewcząt, że obiad powinna gotować żona, a mąż powinien utrzymywać dom i rodzinę. W niektórych przedszkolach są kąciki tematyczne dla chłopców i dziewczynek - oni mają budować tory kolejowe i ścigać się po niewidzialnych torach F1, a one wozić w wózkach lalki i gotować "na niby" obiad... Udzielają nam się opinie, że dziewczynki powinny być grzeczne i dobrze się uczyć, a chłopcy mogą chodzić po drzewach. Literatura od lat podsuwa nam dziewczynki, które pokonują chłopców w różnych "męskich zajęciach" albo drą spódniczki chodząc po drzewach czy płotach - postacie te licznie występują w twórczości Astrid Lindgren. Między innymi z tego powodu jej powieści były licznie krytykowane za brak wartości literackich. Bo przecież budowanie wiary w siebie, w dziecięcą moc i wyobraźnię, realizacja marzeń są nie do pomyślenia :)
Na mojej półce już od dłuższego czasu stoi dumnie "Lalka Williama" autorstwa Charlotte Zolotow. Jest to wzruszająca historia o chłopcu, który marzy o posiadaniu lalki. Pomimo, że dostaje inne zabawki - "chłopięce", nadal marzy o lalce. Nie potrafi tego zrozumieć jego tata ani jego koledzy, którzy wyśmiewają się z marzenia Williama. Jest jednak ktoś, kto rozumie potrzeby chłopca i kupuje mu piękną lalkę-dzidziusia. To jego babcia, która tłumaczy tacie Williama, że lalka jest chłopcu potrzebna, gdyż  "kiedyś będzie tatą (...) i dzięki niej będzie umiał się opiekować swoim dzieckiem, karmić je, kochać i dawać mu to, czego potrzebuje (...)". Historia wzrusza, nawet do łez, ale przede wszystkim w prosty sposób burzy granicę między tym co "dziewczęce" i "chłopięce", mówi o tym, by nie wstydzić się swoich marzeń. To mądra historia, nie tylko dla dzieci, ale przede wszystkim dla dorosłych, bo to my-dorośli klasyfikujemy, szufladkujemy i tworzymy bariery i granice. Historia Williama przypomina, że to nie wstyd mieć marzenia i je spełniać. Bądźmy zatem mądrymi rodzicami, nauczycielami, pedagogami, dorosłymi i pozwólmy dziewczynkom bawić się wyścigówkami, a chłopcom ugotować obiad.


PS. Cieszę się bardzo, że moi rodzice tę mądrość mieli. Dzięki nim mogłam do woli bawić się resorakami i sterowanymi autami, budowałam z Lego i oglądałam Cubasę. Miałam też lalki Barbie, ale przede wszystkim miałam możliwość wyboru. Te doświadczenia przeniosłam na własne dziecko - nie pytajcie proszę, ile kucyków Pony ma mój syn ;)
PS.2. Książkę można kupić TUTAJ, za 10 złotych :)